| aw-fanfictionblog |
| ::księga
gości:: 2010 styczeń 2009 grudzień październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2008 grudzień listopad wrzesień sierpień Tagi acid black cherry alice nine. angelo d'espairsray dir en grey fatima gazette info janne da arc kagerou le cheri lm.c lynch. merry moran motan mucc pierrot the studs the underneath transtic nerve |
przenosiny! ponieważ moja najdroższa mitsune kawał katorżniczej roboty odwaliła i lja uruchomiła, zapraszam wszystkich na nowy adres. http//aw-fanfiction.livejournal.com żeby czytać moje prace dalej należy posiadać własne konto na livejorunalu. następnie należy dodać konto aw-fanfiction do przyjaciół oraz napisać krótką wiadomość pod notką dostępną dla wszystkich - i wtedy udostępni się cała zawartość strony. smacznego! aw-fanfiction 2010-01-16 15:43:13 skomentuj (0) Lepszy niż czekolada. (ponieważ prace nad nową stroną wciąż trwają, zamieszczone tu) ...czekoladowa miniaturka. – Potrzebuję rymu do „zgasła” – ogłosił w przestrzeń Daisuke, pochylony nad laptopem. Przefarbowane na kasztanowy brąz kosmyki włosów połaskotały policzek Sanaki, kiedy ten odwrócił się w jego stronę. – No wiesz. Miłość rozpadła się, zgasła... – A rzeczywistość jak z bicza trzasła – dokończył natchnionym głosem Sanaka. Daisuke popatrzył na niego w milczeniu. Nawet nie ze złością. Raczej z ciekawością, z jaką przyglądał mu się od tej pierwszej godziny, w której go poznał, a lato miało wtedy smak porzeczek i agrestu. Przesunął dłonią po ramieniu, obleczonym czarnym, podartym na łokciu, swetrem. Sanaka uśmiechnął się lekko, zrzucając z kolan jakieś luźne kartki, które rozsypały się na podłodze i sięgnął po kubek z kawą; i ze zdziwieniem stwierdził, że jest pusty. – Rzeczywistość jak z bicza trzasła? – powtórzył Daisuke, podsuwając mu także swój; Sanaka wstał bez protestów. Była jego kolej na wizytę w kuchni. Potrząsnął głową. – Trzasnęła. Daj spokój, to gorsze od twojej poprzedniej inwencji twórczej. Jak to było?... Kocham cię, więc muszę odejść... bardzo to było dramatyczne! – Prawdziwe – mruknął Sanaka, z trzaskiem stawiając na niskim, okrągłym stoliku o szklanym blacie dwa kubki i termos z kawą; Dai spojrzał na niego z uznaniem i wyciągnął z szuflady pod stolikiem cukier w kostkach i paczkę czekoladowych wafli. Sanaka uważnie rozpuszczał na łyżeczce cukrowe serce; słodkie kryształki szybko nasiąkały kawą. – Nie jest łatwo odejść. – Trudniej być – odparował Daisuke, od razu wrzucając do swojego kubka dwie kostki i mieszając energicznie. – Co cię ugryzło? Masz gorszy humor? – W ogóle nie mam humoru – wyznał Sanaka nieszczęśliwym głosem. Sięgnął po wafla i pomachał nim przed twarzą Daisuke. – Widzisz? Widzisz to? – Widzę – potwierdził Daisuke. Unieruchomił dłoń Sanaki, zaciskając palce wokół jego szczupłego nadgarstka i ugryzł wafla, oblizując usta z mlecznej czekolady. – I nawet czuję. Niebo w gębie, mówię ci. – Zwykła chemia – zripostował nieprzejednany Sanaka. – Jaka chemia? – zdziwił się Daisuke, sięgając po tabliczkę czekolady. Postukał palcem w skład. – Zmielone ziarna kakaowca. Cukier, mleko, wanilia, kawa, rodzynki i cynamon. Tłuszczu i cukru w cholerę dużo, akurat na dwie i pół godziny ostrego seksu. Przypominam, że dzisiaj mamy w planach rozdział czwarty. Nie krzyw się. Ja chcę tego spróbować. – Idź na dziwki? – zaproponował Sanaka. Popatrzyli na siebie uważnie ponad stolikiem i Sanaka w końcu skapitulował. Spuścił wzrok i sięgnął po wafla. Okruchy czekolady spadły na blat, strzepnął je ruchem dłoni. – W porządku. Nie musisz iść na dziwki, bo jedną masz w domu. Ale tak czy inaczej to chemia, rozumiesz. Czekoladowa chemia. Mikroelementy, którymi możesz się naćpać. Magnez, cynk i selen jak bicz na twoje endorfiny. Orgazmiczne jazdy i chemiczne reakcje neuronów w mózgu, Dai! Zwykła chemia. – Nie zapomnij o alkaloidach – podsunął usłużnie Daisuke; na dnie ciemnych oczu czaiły się złośliwe błyski. – Na przykład teobromina. Działa moczopędnie. Nie krzyw się, mówię! To ty zacząłeś o chemii i takich tam przyziemnych sprawach. Na dodatek przyspiesza puls i działa stymulująco, co jest kompletnie bez sensu, jeśli wziąć pod uwagę, że flawonoidy zawarte w czekoladzie hamują proces utleniania cholesterolu i wpływają na produkcję prostaglandyn biorących udział w... no, co tak patrzysz? – Daisuke Ochida, jesteś najbardziej wrednym, najupiorniejszym facetem, jakiego w życiu spotkałem! – wykrztusił Sanaka, który od połowy przemowy kochanka uśmiechał się tylko coraz szerzej. Usta Daia drgnęły w powstrzymywanym uśmieszku. – Nie pozwolisz mi się nawet podołować! – Bo wymyślasz, kochanie – powiedział Daisuke. Sięgnął po kolejnego wafelka i białe zęby ze smakiem rozgryzły czekoladową słodycz. – Wiesz, co podawał swoim gościom markiz de Sade na swoich słynnych, seksualnych orgietkach? Co pił Casanova zamiast szampana? Co w końcu dodali do hiszpańskiej muchy? Czekoladę. Chodź tutaj... – urwał, kiedy usta Sanaki dotknęły jego własnych. Nie musiał czekać na przyzwolenie, kiedy wplatał palce w jedwabiście miękkie włosy. Sanaka jęknął; drżący, niski jęk zatrzymał się w pułapce jego warg, prawie gniecionych w pocałunkach. Zmysłowe i drapieżne, kiedy ślina mieszała się ze słodkimi nutami czekolady i wanilii, a śliski język zlizał z kącika ust ziarenka cynamonu. Stolik odepchnięty pod ścianę i spadająca na ziemię tabliczka – brunatne kostki rozsypały się po dywanie. Nie zwrócili na nie uwagi, zajęci za bardzo sobą nawzajem, aksamitem i gładkością skóry, przy której czekolada nie miała porównania. Wilgoć i ciepło wnętrza zachłannych ust i dłonie, jak wszędobylskie sondy; palec, wsunięty w ciasne wnętrze jego ciała i przeciągły krzyk Sanaki, który Dai tłumił pocałunkiem. Zegar na ścianie leniwie odmierzał czas, a kawa stygła w kubkach. Od ciepła ognia na kominku powoli rozpływały się kostki czekolady – Daisuke przechylił się i sięgnął po jedną. Przesunął nią powoli po ciele Sanaki, drażniący, powolny ruch od sutka aż po ostro zarysowaną kość biodrową. Polizał słodki ślad, a potem językiem pieścił drugi sutek, twardy i napięty; jęki Sanaki przerywały ciszę. – Lepszy niż czekolada... – wyszeptał Daisuke. Na jego wargach lśniła czekoladowa słodycz; Sanaka zagarnął jego usta do pocałunku, naciskając dłonią na jego kark. Lepszy niż czekolada... fenyloamina w jego organizmie szalała; więc albo zjadł tej czekolady za dużo, albo się po prostu zakochał. – Lepszy niż czekolada – powtórzył Daisuke. Ciemne oczy, sypkie włosy i pełne, trochę nadąsane usta. Był piękny i tylko jego – Sanaka uśmiechnął się i pocałował go kolejny raz. Był lepszy niż czekolada. Nie tylko dlatego, że miał mniej kalorii. Tagi: kagerou, the studs, fatima, le cheri, motan aw-fanfiction 2010-01-14 11:59:25 skomentuj (1) kolejna informacja nawaliłam i jest to niewybaczalne! natomiast wybaczyć mi musicie, bo zwyczajnie nie macie innego wyjścia. prezentu świątecznego nie było, mikołaj was nie kocha. ale ja tak, więc prezent się pisze. nadal, ciągle i cały czas, ale się pisze. brak weny, czasu. zbyt wiele zmian i zawirowań na mnie jedną! więc ficki odłożyłam na bok. powoli do nich wracam. coś się pojawi, niewątpliwie. ale to już na livejournalu. nie bójcie się tych przenosin. livejournal w obsłudze jest banalnie prosty, a jego ciekawą funkcją jest 'friends page' - strona, na której przeglądacie wpisy osób które macie w znajomych. w ten sposób jeśli coś dodam dowiecie się od razu, bez konieczności sprawdzania po kilka razy dziennie. wspólnego konta nie otworzę - nie byłoby to sprawiedliwe dla tych, którzy z niego by komentowali i dla tych, którzy by to wykorzystywali, samemu nadal siedząc cicho. niemiłe i niegrzeczne. zatem - każdy chętny będzie musiał okiełznać livejournala i założyć sobie na nim konto, które następnie dodam do znajomych i w ten sposób umożliwię mu czytanie. i powtarzam kolejny raz - piszę dla siebie. publikuję dla kogoś. a jeśli już to robię, chcę wiedzieć czemu. jasne? to się cieszę. i do zobaczenia w przyszłym tygodniu. aw-fanfiction 2010-01-06 05:31:44 skomentuj (1) przedświątecznie blog nie został porzucony. blog leży odłogiem przez brak czasu i pomysłów na ficki. ale niedługo (pojęcie względne? uściślijmy - w okolicach przyszegło tygodnia) coś się pojawi. prawdopodobnie dokończenie 'humiliate me more, darlin''. więc prezent na święta dostaniecie! a z ogłoszeń duszpasterskich - strona zostanie niedługo zamknięta, a moje teksty będzie można znaleźć na livejournalu, do którego adres podam jak tylko uporam się z przenosinami. nie zmuszę nikogo do komentowania - ale mogę chociaż wiedzieć, kto te moje ficki chce czytać. teksty pojawiać się będą tylko na livejournalu, z northern lights rezygnuję; więc by czytać je dalej, trzeba będzie założyć sobie na livejournalu konto, a następnie dodać mnie do listy znajomych; ale spokojnie, to nie jest trudne, ani nie boli. dla tych zaś, którzy livejournala nie lubią, założę specjalne konto, na które będą mogli się logować i czytać stamtąd. proste, prawda? ale to za kilka dni. teraz wracam do pracy. okres przedświąteczny ma to do siebie, że bardzo łatwo zgubić w nim swoją głowę. Tagi: info aw-fanfiction 2009-12-09 06:49:35 skomentuj (15) rondo in a dream (fatima) fick. z fatimy. lay x mizuha. dosyć dosadne (wulgarne, brutalne, niesmaczne, obsceniczne, etc.) powstało przez ich sławny pocałunek, który mogłabym oglądać w nieskończoność, oraz przez freję. bo język laya, nie? więc, miłego czytania. komentarze mile widziane, jak zwykle.
your mouth, so hot
your web, Im caught your skin, so wet black lace on sweat I want to hurt you just to hear you screaming my name dont want to touch you but youre under my skin (deep in) poison, alice cooper Dłonie Mizuhy były skrępowane nad jego głową; co było głupie, zupełnie nie mógł ich zobaczyć. W pokoju było ciemno, Lay starannie się o to zatroszczył. Migotliwe, nikłe płomyczki świec. Grube, ciężkie kotary na oknach. Ciężki był też ten zapach, piżmowy zapach męskiego podniecenia i wulgarnego seksu. Podniecenie było epicentrum jego zmysłów. Dotyku języka na jego sutku. Stanowczych rąk. Podniecenie było prologiem tej obłąkanej sztuki, gdzie epilogiem był seks – a Lay lubił powoli. Zaczął lubić powoli. Powoli oglądał jego nagie ciało, jak dzieło sztuki w jakimś marnym muzeum ekshibicjonizmu, wystawione dla jego rąk i jego języka; języka śliskiego i gładkiego, smakującego czerwonym winem i papierosami. Dłonie szarpnęły pasek w beznadziejnej próbie. Lay uśmiechnął się zupełnie wariacko. – Jesteś walnięty – mruknął, starając się nie pokazywać, jak cholernie go to kręci; szaleństwo Laya, dominacja Laya, nawet te związane nadgarstki, które ocierały się o chropowatą powierzchnię ściany. Bolało, kiedy przypadkowo przycisnął je mocniej; bolało, ale on lubił ten ból. Lubił każdą sekundę bycia z Layem i był stracony w pierwszej, w której pozwolił mu to sobie uświadomić. – Kompletnie popierdolony. – A ty to uwielbiasz – zgodził się z nim Lay. Nie śpieszył się. Śpieszył się zawsze przedtem, grając, pijąc i pieprząc się; śpieszył się kiedy szedł i śpieszył się kiedy robił zakupy, dziesięć sekund na chleb i krakersy, dokładnie cztery i pół na herbatę. Nie uznawał przystanków. Kiedy jesteś w ruchu, mówił, nie dopadną cię. Nigdy nie dopadli; to on dopadał. Jego. I takiego go miał, nagiego i związanego, w pokoju o ścianach obitych czarnym adamaszkiem. To nawet było perwersyjne. Jak on. Perwersyjne, wulgarne i porywające. Lay był jak fala, kiedy już skierował się w jego stronę. Zupełnie nie umiał mu się oprzeć; nie umiał pływać. Czasami się topił. Czasami dławił. Nigdy nie mógł zwolnić. Piekący ból policzka przywrócił go do przytomności – i nie mógł się nie roześmiać. W ciemnych oczach Laya błysnęła iskra. I zaraz zgasła. – Ty zupełnie nie umiesz się bawić, wiesz – powiedział z niezadowoleniem. Kiedy wydymał usta, śmiertelnie obrażony na jakieś pięć minut, wyglądał jak dotknięty przedszkolak. I dokładnie tak się zachowywał. Chociaż to, co zrobił teraz, do dziecka nie pasowało; jeden śliski i szczupły palec został siłą wepchnięty do jego tyłka. Oczy Mizuhy rozszerzyły się, kiedy w zupełnie idiotycznej próbie chciał zacisnąć palce na ścianie. Ale gra została podjęta. Nie bał się. I musiał to pokazać. Nie bał się tego, że Lay potrafi zwariować w jednej chwili. Nie bał się tego, że zawsze idzie w to szaleństwo tylko krok za nim. Nadgarstki zapiekły, kiedy kolejny raz otarły się o ścianę. A jednak się uśmiechnął. – Ty też nie umiesz się bawić, wiesz – wydyszał, wciąż czując w sobie jego zakrzywiony trochę palec; Lay poruszył nim z sadystyczną powolnością. Mizuha zagryzał wargi, na jego czole pojawiły się krople potu. Czuł to, cholera, jak bardzo to czuł, w środku. Biała eksplozja drażniona tysiącem igieł. A Lay czekał. – Nie umiesz się bawić. Ze mną. Bawisz się mną. Przestań, cholera...! – prawie krzyknął, kiedy palec basisty kolejny raz dotknął tego wewnętrznego scalenia nerwów, które sprawiało, że wariował z podniecenia. Gryzł wargi do krwi, kiedy wsuwał w niego kolejny palec. Przy jeszcze jednym sam się na nie nabijał w jakiejś szalonej, masochistycznej zawziętości. – Niech cię szlag weźmie, Lay... niech cię szlag...! – znowu ten krzyk, przechodzący w stłumiony jęk, kiedy basista go pocałował. Szerokie, wilgotne usta i jego język, i znowu ten pocałunek taki wulgarny i taki prawdziwy, dojmująco intensywny. Czuł go w każdym zakamarku ogarniętego podnieceniem ciała, w każdym miliardzie najaranych komórek, wrzeszczących z pożądania. I nagle to uczucie zniknęło, a basista odsunął się od niego, starannie wycierając palce. Mimo wszystko Mizuha zaczerwienił się. Robił z nim wszystko i robili już wszystko, a jednak sam akt nadal był wyuzdany. Sposób, w jaki mu wkładał. Sposób, w jaki się tym delektował. Mógłbym cię zabić, mówi Lay. Mizuha się śmieje, zupełnie dziko. Mógłby. Ale wtedy zabrałby go ze sobą; do piekła, albo i jeszcze dalej. – Nie poszedłbym za tobą – mówi drwiąco Lay. Jego oczy błyszczą dziwnie, choć równie dobrze może to być odblask płomienia świecy. I pewnie jest. To tylko Mizuha widzi w nim demona. W końcu jego – opętał. – Skąd wiesz o czym myślę? – pyta zupełnie idiotycznie, bo przecież od dawna wie. Czyta to z każdego jednego skrzywienia jego warg i drgnięcia tego kącika oka, w którym wiecznie rozmazuje się czarna kredka. Moja dziwka, mówi wtedy Lay, a Mizuha znowu się śmieje. To tak dobrze brzmi w jego ustach; nawet ta dziwka. Byle z tym zaimkiem dzierżawczym. Mój, nie twój, zostaw, nie dotykaj. Mizuha zastanawiał się kiedyś, jaki był jego świat, zanim poznał Laya. Przestraszył się, kiedy zrozumiał, że tamtego świata – nie było. Albo on go nie pamiętał. Wszystko zaczynało się w chwili takiej jak tak – kiedy Lay brał go jakby tylko do niego należał i kiedy tracił zmysły w obawie, że sam dojdzie, a jemu nie pozwoli. Z czystej, małpiej złośliwości. Bo gnom był z tego Laya, gnom straszliwy; wredny, przekorny i upiornie po prostu niedobry. Pewnie dlatego tak za nim szalał. Zapachniało poziomkami. Nie będziesz się śmiał, nie będziesz się śmiał, napominał się w duchu Mizuha; pamiętasz jak to się skończyło ostatnim razem, kiedy się roześmiałeś; pieprzyłeś się, kiedy cię łaskawie uwolnił ten sadystyczny skurwiel, z własną dłonią. Nie śmiej się! Przecież wolisz dłonie Laya... – Doskonale, Poziomeczko – mruknął basista, przygryzając krawędź jego ucha. Polizał ją, przesuwając językiem po metalowych kółkach kolczyków, wbitych w skórę. Mizuha drgnął, kiedy zimne, śliskie palce dotknęły wewnętrznej strony jego uda. W tym momencie zrobiłby wszystko. Nawet tańczył kankana na przepaści Wielkiego Kanionu. Cokolwiek. Nawet rozłożył nogi. Wiec rozłożył je, prawie całkiem stając już na piętach, kiedy pokryty poziomkową maścią palec dotknął go znowu. I jeszcze raz. I nagle szok, zupełnie jak skok do lodowatej wody, na zupełną głębinę. Członek Laya był duży i twardy. I niezupełnie przypominał... palca. – Kurwa! – wyrwało mu się; znowu kilka głupich łez spłynęło po jego policzkach, zarumienionych i gorących. – Wolniej, ty pieprzony sadysto! – Och, droczysz się, jakie to urocze – mruknął pieprzony sadysta. Uśmiechał się. Mizuha przechylił głowę i zrobił jedyne, co w tym momencie mógł zrobić. Ugryzł go mocno w dolną wargę. Metaliczny smak krwi poczuł na własnym języku, bo Lay się nie odsunął. Nie odsunął się, całując go coraz mocniej i coraz bardziej; rozdzierał go, wypełniał tak, że Mizuha myślał, że zaraz umrze, wiedział, że zaraz umrze; poruszali się razem, jeden ruch dwóch ciał, spocona skóra i splątane, wilgotne kosmyki włosów. Miuzha oddychał chrapliwie, desperacko odpowiadając na nieregularne pchnięcia. – Dotknij mnie... – wydusił z siebie w końcu, chociaż tyle razy przysięgał sobie tego nie robić. A Lay zaśmiał się i znowu go pocałował, i dotknął go, zaciskając palce na jego erekcji. Doszli razem. Jak zwykle. Lay śmiał się, że to jest synchronizacja idealna, i że gdyby mogli tak na scenie...! Mizuha rozmasowywał zdrętwiałe nadgarstki. Tyłek bolał, skóra była otarta do krwi. Kiedy wychodzili z sypialni, powoli robiło się widno. Nie śpieszyli się, kiedy jechali przez miasto. Nie było już do czego się spieszyć. Tego dnia dawali ostatni koncert, Fatima przestała istnieć. Lay twierdził, że to jego wina. Że kiedy mu uległ, przestał biec. Poczekał na niego. Spóźnili się na ostatni pociąg, który nazywał się Zespół. Wysiedli na stacji, o której Lay kpiąco mówił, że nazywa się Duetem Marzeń. Kpił z tego. Ale w jakiś popieprzony sposób gra w tej drużynie sprawiała im większą frajdę. Przynajmniej nadal grali do jednej bramki. Tagi: fatima aw-fanfiction 2009-10-07 19:55:44 skomentuj (7) żeby się nie zgubiło (dir en grey) Jestem niesłowna. Kiedyś obiecałam, że skończyłam już z pisaniem ficków do tego zespołu. Ale co poradzić, że ten napisał się sam? Moi drodzy, przed Wami - Dir en grey. Pierwszy fick do tego fandomu od lat. Krótka historia o tym, jak przechopwywać uczucia. Najlepiej - na dysku twardym. ...scena pierwsza... Dzień nie był dobry. Właściwie ten dzień był zły, był tak koszmarnie pochrzaniony, że nagle powiedzenie o tym, że kiedy jesteś na dnie, zawsze coś puka od spodu, nabrało nowego znaczenia. Zaciągnąłem się dymem po raz ostatni i wyrzuciłem niedopałek. Obserwowałem, jak spada z trzeciego piętra w dół, sypiąc iskrami żaru i w końcu z sykiem dopalając się w kałuży pod budynkiem. Syk, oczywiście, mogłem sobie co najwyżej wyobrazić. Nie miałem szans usłyszeć go z tej odległości. Natomiast głos Kaoru, który rozległ się znienacka tuż za mną, usłyszałem aż nazbyt wyraźnie. I natychmiast oberwałem otwartą dłonią w tył głowy. - Za co?! – warknąłem z irytacją. Patrzył na mnie z wyraźną dezaprobatą. - Co ty żeś tam wpisał? – zapytał, wyraźnie wściekły. Podtykał mi pod nos przenośny komputer; zamrugałem, ale ekran był za blisko i nie widziałem owych strasznych herezji, które zapewne śmiałem popełnić w rozpisce do jakiegoś tekstu. – Co to za kretyńskie pomyłki, gdzie ty masz głowę? - Zazwyczaj, czy kiedy zostajesz na noc? – zapytałem złym głosem. Wzruszyłem ramionami, odsuwając się w końcu odrobinę i z tej odległości widząc ową straszliwą i brzemienną w skutkach pomyłkę, zakłócenie przejścia jednego progu na drugi. Wzniosłem oczy do nieba. Nie było tam czego oglądać, po porannej ulewie burza cały czas wisiała nad nami jak nieuchronny kataklizm. – Nie rób scen, Kaoru. Dramatyzujesz. Sam mnie uczyłeś, pamiętasz? Nie zakłócać rytmu. Grać jak gdyby nigdy nic, a nikt się nie zorientuje. Przeciwnie, docenią cię za zmyślną modyfikację. Sam mówiłeś, żebym nie zatrzymywał się nad każdą pomyłką, tylko leciał dalej... - Więc zapierdalasz w dół równi pochyłej z zacięciem godnym lepszej sprawy – skomentował cynicznie. I spojrzał na mnie niechętnie. – Mógłbyś się obrazić. Wyżywam się na tobie. Nie zauważyłeś? - Ciężko tego nie zauważyć – stwierdziłem sarkastycznie. Razem weszliśmy do środka; było tu cieplej niż na tarasie, lampa dawała przyjemne światło, a ja od progu zauważyłem co go tak bardzo wytrąciło z równowagi. Przechyliłem się i stanowczo wyciągnąłem z kontaktu przewód zasilając od komputera stacjonarnego. Kaoru patrzył na mnie jak guwernantka, której podopieczny znowu zapomniał, że ręce myje się przed śniadaniem, a nie dopiero po kolacji. - Nie wyłączaj go tak. Rozwalisz w końcu. - Czasami trzeba po prostu powiedzieć sorry, Marian, i wyciągnąć wtyczkę – odgryzłem się sentencjonalnie i usiadłem obok niego, obejmując go w pasie. – Znowu czytałeś? Te głupie strony? - One nie są głupie – powiedział odruchowo. – Albo są. Nie są. Sam nie wiem. Na temat ostatniego albumu... - Coś nowego? – zainteresowałem się. Kaoru potarł dłonią czoło. Miałem ochotę przywalić każdemu, przez kogo powstała każda jedna zmarszczka na jego czole. - Sprzedaliśmy się komercji, zatraciliśmy ducha zespołu, że jakieś pseudo amerykańskie, że jazgot, że Dir en grey umarł... - Czyli nic nowego – podsumowałem trzeźwo. Nie wydawał się przekonany. – No daj spokój. Według niektórych umieramy już od wydania pierwszego demo, a według innych jeszcze się nawet nie urodziliśmy. Naprawdę będziemy się tym przejmować, czy będziemy robić swoje? Czyli to, co kochamy i takie tam, co jest naszym życiem i pasją, co... - Mamy iść do łóżka? – zainteresował się Kaoru. Spojrzałem na niego z rozbawieniem. Odzyskiwał humor, choć w kącikach jego ust wciąż czaiło się znużenie. Pocałowałem nieogolony policzek i wsunąłem swoją rękę w jego. - Mówiłem o muzyce, o, wielki liderze – powiedziałem lekko. – Ale właściwie skoro już przypomniałeś mi o moim drugim, życiowym hobby... to czemu nie? - Masz gumki? – zapytał. Zwinne palce wyuczone wieloletnią praktyką pieszczenia strun rozpinały moją koszulę. Język Kaoru był śliski i gorący, kiedy wsunął się do moich ust. - W szufladzie – zdołałem powiedzieć. Chociaż gdyby się mnie ktoś zapytał za chwilę, nie byłbym pewny tego, czy nadal mam w tym domu jakąkolwiek szufladę. Czy mam jakikolwiek mebel poza łóżkiem, w którym... ...scena druga... Kaoru pokręcił głową. Ledwie dostrzegalny, szybki ruch; uniosłem się na łokciu i popatrzyłem na niego z jawną niechęcią. Uśmiechnął się. Lekki, drobny uśmieszek w krzywieniu warg. – Policz do stu, Die... – poprosił cicho. – Policz do stu. – Pierdol się – zaproponowałem ze złością. Nawet nie zareagował. Zupełnie jakby nie usłyszał, wciąż tak samo spokojny, jak przed chwilą. W bezsilnej złości uderzyłem go w ramię. Przytrzymał moją rękę, kiedy uniosłem ją znowu i była to jedyna jego reakcja. Cały czas się uśmiechał. Wkruwiał mnie w tej chwili nieziemsko. Nawet wyrozumiałość w jego głosie mnie drażniła. Nawet chłodne zdystansowanie działało mi na nerwy. Nawet... – Jeśli spróbujesz uderzyć mnie ponownie, skuję ci buźkę tak, że cię rodzona mamusia nie pozna – obiecał w tej chwili, nie przestając ani na sekundę się miło uśmiechać. Mimowolnie roześmiałem się i opadłem na plecy, podkładając ręce pod głowę. Patrzył na mnie jak zwykle, trochę z pobłażaniem i trochę z czułością. Położył się obok mnie na podłodze. – Dlaczego się nigdy nie wściekasz, co? – zapytałem po chwili. – Sam nie wiem. Wiem, jak się zachowuję. Nawet jeśli mam prawo... – Masz prawo – zgodził się Spojrzałem na niego podejrzliwie. – Naprawdę mam – powiedziałem uparcie. – Naprawdę się wali. Wszystko. – Nie wszystko, Die – zaprotestował spokojnie. – Świat stoi i działa nadal, tylko chwilowo bez ciebie. To tobie się wali. Ale nawet i to nie jest wszystkim. Gorszy dzień. Kumulacja problemów. Kryzys poczucia humoru, coś w tym stylu? Przecież rozumiem. Nie tłumacz się. – Kiedy to nie jest normalne – mruknąłem. – Wszyscy się wściekają. Obrażają. Są wkurzeni, że się na nich wyładowuję. – Ale ty nie wyładowujesz się na nich. – Kaoru mówił ze znudzeniem, jakby powtarzał rzeczy oczywiste. – Twoja złość, agresja, cokolwiek. Przecież nie wymierzasz tego w nich. Nie chcesz sprawić przykrości. Zranić, dotknąć. Ty po prostu nie radzisz sobie z samym sobą i chcesz, żeby inni pomogli ci się z tym uporać. Z uczuciami. I, oczywiście, kiedy znalazłeś kogoś, kto to rozumie i akceptuje, oraz bezkarnie pozwala się lać po mordzie, ty się obrażasz. No naprawdę, Die, jak pięcioletnie dziecko, wiesz? Że ono wymyśliło taki mroczny plan, żeby pokazać światu, że jest geniuszem zła, a głupi świat się nie chce nabrać. – Nie leję cię po mordzie – powiedziałem. Pionowa zmarszczka między moimi brwiami wygładziła się. Znowu uderzyłem go w ramię. Oddał mi. I kolejny raz. Łaskotki. Jego palce, chłodne i smukłe, na moich plecach. Jego rozpięta koszula, spodnie ściągnięte w pośpiechu, zdyszany śmiech i te pocałunki, urywane i mocne, i coraz głębiej, głębiej we mnie; orgazm był niesamowity. Leżeliśmy obok siebie na dywanie w sypialni, a Kaoru opierał brodę o moje ramię i patrzył na mnie ciepło. Z tej perspektywy wyglądał jakby miał drugi podbródek, co, oczywiście, natychmiast mu powiedziałem. Obraził się śmiertelnie na całe pięć minut. – No ale naprawdę, słuchaj, to popierdolone – podjąłem temat, kiedy siedzieliśmy potem w pokoju. Każdy przy swoim laptopie; Kaoru pracował, a ja udawałem, że pracuję. Tak naprawdę obserwowałem go. Od dobrego kwadransa. Jak zwykle średnio się mną przejmował. To też było znaczące. – Co znowu? – rzucił mi przez ramię krótkie spojrzenie. Jego palce zamarły nad klawiaturą, niecierpliwe. Miał chłodne oczy, schowane pod szkłami okularów. – Że jak naprawdę potrzebuję być najważniejszy, to potrafisz schować siebie – powiedziałem po prostu. – I że nie robisz z tego wielkiego halo. W ogóle nie robisz z tego żadnego halo, słuchaj, to naprawdę dziwne. Wyżywam się na tobie, jestem niesprawiedliwy i w ogóle, a ty kompletnie to olewasz, starając się jakoś mnie poskładać. A jak jest wszystko dobrze, traktujesz to tak jak teraz, czyli... – urwałem. Brakowało mi słów. – Czyli jak... jak... – No, jak? – zapytał z autentyczną ciekawością. – Die, ty nie masz przypadkiem innych zmartwień? Napisać coś, do kogoś zadzwonić, pobiegać? Poszydełkować? Podlać kwiatki? – Nie mamy żadnych cholernych kwiatków – powiedziałem złowrogo. – Ani jednego, cholernego kwiatka. Chodziło mi o to, że w ogóle nie traktujesz, jakby to nie było nic wielkiego, jakbyś... – Jakby mi na tobie zależało? – podsunął mi, zdejmując okulary. W moich oczach czaiła się śmierć. Uśmiechnął się pogodnie. – To miło, że w końcu to zauważyłeś, Die, naprawdę. Zajęło ci to niemal dekadę, ale było warto. Bo wiesz, kiedy ci mówiłem, że cię chcę, nie chodziło mi tylko o twój tyłek. Chodziło mi o ciebie. Z twoimi beznadziejnymi depresjami włącznie. A teraz możesz nie dramatyzować, nie robić scen, bo w naszym wieku to już niesmaczne, i zająć się czymś konstruktywnym? Na przykład pomóc mi zabić tego gnoma, który próbuje zabić mnie? No, co tak patrzysz? – Myślałem, że pracujesz – powiedziałem oskarżycielsko. Z powrotem założył okulary i otworzył laptopa. – Pracuję – mruknął, nie odrywając wzroku od ekranu. – Nad swoją punktacją w tej pieprzonej grze pracuję, ty wiesz, że tu jest napisane „dla młodzieży od piętnastego roku życia”? Wyszedłem z pokoju i trzasnąłem drzwiami. Na niego nie było mocnych. ...kurtyna... - Nie wiedziałem, że masz zapędy literackie – powiedział Kaoru, stając bezszelestnie za mną i opierając brodę na moim ramieniu. Uśmiechnąłem się tylko zdawkowo i pisałem dalej. Palce szybko biegały po klawiaturze. Kiedy się odwróciłem, Kaoru miał zmarszczone brwi i szybko przebiegał oczami po tekście. Pocałowałem go w ucho, bo było najbliżej. – I że chcesz zabłysnąć jako nowa gwiazda literatury erotycznej. Po co to zapisujesz? – zapytał ze zdziwieniem. – Scena pierwsza, scena druga? Co to ma być? - Sam dokładnie nie wiem – przyznałem, odchylając głowę w tył i patrząc na niego z namysłem. – Takie scenki... w których pokazałeś... czy ja pokazałem... czy jest zrozumienie, wiesz. Coś ważniejszego od złości i głupich pretensji. Czasami coś ważniejszego od urazy i czegoś w tym stylu... co tak patrzysz? - Martwię się o ciebie – mruknął, kładąc mi na czole rękę w przesadnie teatralnym geście troski. – Masz gorączkę? Bo bredzisz coś o uczuciach. Ty nigdy nie bredziłeś o uczuciach. Co się stało? Wstałem z krzesła. Znalazłem papierosy i wysłupłałem jednego z paczki. Podał mi ogień. Usiadłem na jego kolanach, obejmując go ramieniem w pasie. Jego włosy były suche, zniszczone od ciągłego farbowania. Nie chciałbym dotykać żadnych innych. - Spotkałem dzisiaj kumpla – powiedziałem w końcu. – Rozwodzi się. Chciał mnie namówić, żebym zeznawał w sądzie. Procesuje się z żoną o prawo do opieki nad synem. Chciał, żebym zeznał, że była złą matką... takie tam. Znam Mariko. To fajna dziewczyna. Kocha dzieciaki. Jeog też znam, też fajny chłopak. Też kocha synów. Kiedyś i siebie kochali. Potem jakoś to pogubili. - I dlatego ty zapisujesz momenty, w których my pokazaliśmy, że się rozumiemy? – spytał Kaoru kpiąco. Zabrał papierosa i zaciągnął się głęboko. – To się nie trzyma kupy, Die. Oni też pewnie takie mieli. Momenty – wyjaśnił, kiedy spojrzałem na niego. – W których się rozumieli, doskonale. I coś się zepsuło... - Coś się zepsuło, właśnie – przyświadczyłem. – Gdzieś zginęło po drodze, zapomnieli. A ja tu będę miał wszystko. Zapisane. Jakby czasem złość zniekształcała wspomnienia w głowie. Będę miał je tutaj. Na laptopie. - A jak spali ci się dysk? – drążył Kaoru uparcie. Spojrzałem na niego ponuro. Uniósł ręce w obronnym geście. – Dobrze, dobrze, już nic nie mówię. Zaraz co to skopiuję na kilka płyt, może być? Na wszelki wypadek. Żeby się nie zgubiło.
"zawsze, kiedy myślisz, że jesteś już na dnie, coś puka od spodu" s. lec
"zapierdala w dół równi pochyłej" kazik Tagi: dir en grey aw-fanfiction 2009-09-30 21:55:35 skomentuj (14) |
2009 my poor lover (kagerou, merry, mucc, the studs) dotykaj bezszelestnie (the studs, merry, kagerou, mucc) humiliate me more, darlin' (le cheri, fatima, kagerou, moran, the studs) strach przed lataniem (pierrot) wish i had an angel (janne da arc, acid black cherry) you're a song written by the hands of god (alice nine.) kochać inaczej (mucc, merry, d'espairsray, kagerou, the studs) playground love (kagerou, the studs) in wonder underground (alice nine.) bohater romantyczny (dir en grey) ambivalent ideal (lynch.xtranstic nerve) trójkąt o dwóch bokach (merry) zakażony tobą (d'espairsray) Closer to Ideal (D'espairsRay) 2008 Lost in heaven (ALICE NINE.) Brzydcy (DEG) I’m sick, b’coz luv u. (GAZETTE) Owce w chmurach (ALICE NINExGAZETTE) Lubię ideały (MERRY) Te artefakty (ALICE NINE) Czekając do wiosny (D'espairsRay) Szklane kulki (KAGEROU?THE STUDS?) Untitled (DEG) 2007 Blind romance (MERRY) Ai - znaczy miłość (PIERROT) Zranione serca płączą krwią (DEG) Bo było nam tak pięknie (GAZETTE) Wicked Game. (DEG) Kiedy rodzina się powiększa. Zetsubou romance (D'espairsRay) Kompromis (D'espairsRay) Psychedelic lovers (PIERROT) Niedopracowany sen. Nie wyważaj drzwi otwartych na oścież (DEGxMUCC) Bo ty mi nie pozwalasz (DEGxPIERROTxMUCC) Bohater romantyczny. Sekretarka (DEGxPIERROT) Sceny naszego teatru (PIERROT) Na skrzyżowaniu słów. Krótka historia o miłości. Miłość gorąca jak beznzyna płonąca. Gorzka. Increase Blue. Trzeci wymiar miłości. Jeśli wiesz, co chcę powiedzieć. Wszystko zaczyna się wiosną. Właściwy kontekst. Untitled. Drain Away. 2006 Zyski i straty. To nie było złamane serce. Uciekaj - i tak cię złapię! Sznurki (PIERROT) Pretty boy. Na zawsze. (MUCC) Latwce dzieciństwa. W naszym zawodzie. Własny scenariusz. Kiepski ze mnie przyjaciel. Cena. Umysł typowo humanistyczny. Dorwać Małego. Gdy coś we mnie umiera. Zaprzeczając sobie. Zmysły. Takiego mnie wymyśliłeś. Jeśli wróci. Słodka chwila przyjemności. Recepta na zazdrość. Z kamerą wśrród gitarzystów Już w porządku, stary. Na wariackich papierach. "I dlatego lubię mówić z tobą" Perwersja o smaku truskawek. Pierwsze wyjście z mroku, czyli "always look on the bright side of life!" Modelowy chłopak. Niezaspokojna ciekawość. I nagle przestraszyły mnie dni, które spędzasz... Żon, nie żona, panie władzo. Czarny notes. Miłość jest groźna. I nie obchodzi mnie cały świat. Ty jesteś moje wszystko. Miłość smakuje kawą. Spotkajmy się w piekle, na głównej alei. Po prostu odszedł. Najpierw umyj zęby, tygrysie. Barwa twoich słów. Kochając nienawidzę czekać. Kiedy odejdziesz. Want to be a rock star, baby! 2 Nietuzinkowa historia miłosna bez romantyzmu. Mały, niimurowy alfabet. Sweet, little poison. Tak wyczekiwana zmiana miejsc. Want to be a rock star, baby! Sprawdź mnie. Codziennik Ktoś taki tylko dla mnie, ty. wstępniak |