Teksty

rondo in a dream (fatima)

fick. z fatimy. lay x mizuha. dosyć dosadne (wulgarne, brutalne, niesmaczne, obsceniczne, etc.) powstało przez ich sławny pocałunek, który mogłabym oglądać w nieskończoność, oraz przez freję. bo język laya, nie? więc, miłego czytania. komentarze mile widziane, jak zwykle.

your mouth, so hot
your web, Im caught
your skin, so wet
black lace on sweat

I want to hurt you just to hear you
screaming my name
dont want to touch you but
youre under my skin (deep in)

poison, alice cooper

Dłonie Mizuhy były skrępowane nad jego głową; co było głupie, zupełnie nie mógł ich zobaczyć. W pokoju było ciemno, Lay starannie się o to zatroszczył. Migotliwe, nikłe płomyczki świec. Grube, ciężkie kotary na oknach. Ciężki był też ten zapach, piżmowy zapach męskiego podniecenia i wulgarnego seksu. Podniecenie było epicentrum jego zmysłów. Dotyku języka na jego sutku. Stanowczych rąk.
Podniecenie było prologiem tej obłąkanej sztuki, gdzie epilogiem był seks – a Lay lubił powoli. Zaczął lubić powoli. Powoli oglądał jego nagie ciało, jak dzieło sztuki w jakimś marnym muzeum ekshibicjonizmu, wystawione dla jego rąk i jego języka; języka śliskiego i gładkiego, smakującego czerwonym winem i papierosami.
Dłonie szarpnęły pasek w beznadziejnej próbie. Lay uśmiechnął się zupełnie wariacko.
– Jesteś walnięty – mruknął, starając się nie pokazywać, jak cholernie go to kręci; szaleństwo Laya, dominacja Laya, nawet te związane nadgarstki, które ocierały się o chropowatą powierzchnię ściany. Bolało, kiedy przypadkowo przycisnął je mocniej; bolało, ale on lubił ten ból. Lubił każdą sekundę bycia z Layem i był stracony w pierwszej, w której pozwolił mu to sobie uświadomić. – Kompletnie popierdolony.
– A ty to uwielbiasz – zgodził się z nim Lay.
Nie śpieszył się. Śpieszył się zawsze przedtem, grając, pijąc i pieprząc się; śpieszył się kiedy szedł i śpieszył się kiedy robił zakupy, dziesięć sekund na chleb i krakersy, dokładnie cztery i pół na herbatę. Nie uznawał przystanków. Kiedy jesteś w ruchu, mówił, nie dopadną cię. Nigdy nie dopadli; to on dopadał. Jego. I takiego go miał, nagiego i związanego, w pokoju o ścianach obitych czarnym adamaszkiem. To nawet było perwersyjne. Jak on. Perwersyjne, wulgarne i porywające. Lay był jak fala, kiedy już skierował się w jego stronę. Zupełnie nie umiał mu się oprzeć; nie umiał pływać. Czasami się topił. Czasami dławił. Nigdy nie mógł zwolnić. Piekący ból policzka przywrócił go do przytomności – i nie mógł się nie roześmiać. W ciemnych oczach Laya błysnęła iskra. I zaraz zgasła.
– Ty zupełnie nie umiesz się bawić, wiesz – powiedział z niezadowoleniem.
Kiedy wydymał usta, śmiertelnie obrażony na jakieś pięć minut, wyglądał jak dotknięty przedszkolak. I dokładnie tak się zachowywał. Chociaż to, co zrobił teraz, do dziecka nie pasowało; jeden śliski i szczupły palec został siłą wepchnięty do jego tyłka. Oczy Mizuhy rozszerzyły się, kiedy w zupełnie idiotycznej próbie chciał zacisnąć palce na ścianie. Ale gra została podjęta. Nie bał się. I musiał to pokazać. Nie bał się tego, że Lay potrafi zwariować w jednej chwili. Nie bał się tego, że zawsze idzie w to szaleństwo tylko krok za nim.
Nadgarstki zapiekły, kiedy kolejny raz otarły się o ścianę. A jednak się uśmiechnął.
– Ty też nie umiesz się bawić, wiesz – wydyszał, wciąż czując w sobie jego zakrzywiony trochę palec; Lay poruszył nim z sadystyczną powolnością. Mizuha zagryzał wargi, na jego czole pojawiły się krople  potu. Czuł to, cholera, jak bardzo to czuł, w środku. Biała eksplozja drażniona tysiącem igieł. A Lay czekał. – Nie umiesz się bawić. Ze mną. Bawisz się mną. Przestań, cholera...! – prawie krzyknął, kiedy palec basisty kolejny raz dotknął tego wewnętrznego scalenia nerwów, które sprawiało, że wariował z podniecenia. Gryzł wargi do krwi, kiedy wsuwał w niego kolejny palec. Przy jeszcze jednym sam się na nie nabijał w jakiejś szalonej, masochistycznej zawziętości. – Niech cię szlag weźmie, Lay... niech cię szlag...! – znowu ten krzyk, przechodzący w stłumiony jęk, kiedy basista go pocałował. Szerokie, wilgotne usta i jego język, i znowu ten pocałunek taki wulgarny i taki prawdziwy, dojmująco intensywny. Czuł go w każdym zakamarku ogarniętego podnieceniem ciała, w każdym miliardzie najaranych komórek, wrzeszczących z pożądania. I nagle to uczucie zniknęło, a basista odsunął się od niego, starannie wycierając palce. Mimo wszystko Mizuha zaczerwienił się. Robił z nim wszystko i robili już wszystko, a jednak sam akt nadal był wyuzdany. Sposób, w jaki mu wkładał. Sposób, w jaki się tym delektował. Mógłbym cię zabić, mówi Lay. Mizuha się śmieje, zupełnie dziko. Mógłby. Ale wtedy zabrałby go ze sobą; do piekła, albo i jeszcze dalej.
– Nie poszedłbym za tobą – mówi drwiąco Lay. Jego oczy błyszczą dziwnie, choć równie dobrze może to być odblask płomienia świecy. I pewnie jest. To tylko Mizuha widzi w nim demona. W końcu jego – opętał.
– Skąd wiesz o czym myślę? – pyta zupełnie idiotycznie, bo przecież od dawna wie. Czyta to z każdego jednego skrzywienia jego warg i drgnięcia tego kącika oka, w którym wiecznie rozmazuje się czarna kredka. Moja dziwka, mówi wtedy Lay, a Mizuha znowu się śmieje. To tak dobrze brzmi w jego ustach; nawet ta dziwka. Byle z tym zaimkiem dzierżawczym. Mój, nie twój, zostaw, nie dotykaj. Mizuha zastanawiał się kiedyś, jaki był jego świat, zanim poznał Laya. Przestraszył się, kiedy zrozumiał, że tamtego świata – nie było. Albo on go nie pamiętał. Wszystko zaczynało się w chwili takiej jak tak – kiedy Lay brał go jakby tylko do niego należał i kiedy tracił zmysły w obawie, że sam dojdzie, a jemu nie pozwoli. Z czystej, małpiej złośliwości. Bo gnom był z tego Laya, gnom straszliwy; wredny, przekorny i upiornie po prostu niedobry. Pewnie dlatego tak za nim szalał.
Zapachniało poziomkami. Nie będziesz się śmiał, nie będziesz się śmiał, napominał się w duchu Mizuha; pamiętasz jak to się skończyło ostatnim razem, kiedy się roześmiałeś; pieprzyłeś się, kiedy cię łaskawie uwolnił ten sadystyczny skurwiel, z własną dłonią. Nie śmiej się! Przecież wolisz dłonie Laya...
– Doskonale, Poziomeczko – mruknął basista, przygryzając krawędź jego ucha. Polizał ją, przesuwając językiem po metalowych kółkach kolczyków, wbitych w skórę. Mizuha drgnął, kiedy zimne, śliskie palce dotknęły wewnętrznej strony jego uda. W tym momencie zrobiłby wszystko. Nawet tańczył kankana na przepaści Wielkiego Kanionu. Cokolwiek. Nawet rozłożył nogi. Wiec rozłożył je, prawie całkiem stając już na piętach, kiedy pokryty poziomkową maścią palec dotknął go znowu. I jeszcze raz. I nagle szok, zupełnie jak skok do lodowatej wody, na zupełną głębinę. Członek Laya był duży i twardy. I niezupełnie przypominał... palca.
– Kurwa! – wyrwało mu się; znowu kilka głupich łez spłynęło po jego policzkach, zarumienionych i gorących. – Wolniej, ty pieprzony sadysto!
– Och, droczysz się, jakie to urocze – mruknął pieprzony sadysta. Uśmiechał się.
Mizuha przechylił głowę i zrobił jedyne, co w tym momencie mógł zrobić. Ugryzł go mocno w dolną wargę. Metaliczny smak krwi poczuł na własnym języku, bo Lay się nie odsunął. Nie odsunął się, całując go coraz mocniej i coraz bardziej; rozdzierał go, wypełniał tak, że Mizuha myślał, że zaraz umrze, wiedział, że zaraz umrze; poruszali się razem, jeden ruch dwóch ciał, spocona skóra i splątane, wilgotne kosmyki włosów. Miuzha oddychał chrapliwie, desperacko odpowiadając na nieregularne pchnięcia. 
– Dotknij mnie... – wydusił z siebie w końcu, chociaż tyle razy przysięgał sobie tego nie robić. A Lay zaśmiał się i znowu go pocałował, i dotknął go, zaciskając palce na jego erekcji. Doszli razem. Jak zwykle. Lay śmiał się, że to jest synchronizacja idealna, i że gdyby mogli tak na scenie...! Mizuha rozmasowywał zdrętwiałe nadgarstki. Tyłek bolał, skóra była otarta do krwi. Kiedy wychodzili z sypialni, powoli robiło się widno. Nie śpieszyli się, kiedy jechali przez miasto. Nie było już do czego się spieszyć. Tego dnia dawali ostatni koncert, Fatima przestała istnieć. Lay twierdził, że to jego wina. Że kiedy mu uległ, przestał biec. Poczekał na niego. Spóźnili się na ostatni pociąg, który nazywał się Zespół. Wysiedli na stacji, o której Lay kpiąco mówił, że nazywa się Duetem Marzeń. Kpił z tego. Ale w jakiś popieprzony sposób gra w tej drużynie sprawiała im większą frajdę. Przynajmniej nadal grali do jednej bramki.


Tagi: fatima

2009-10-07 19:55:44 skomentuj (7)




żeby się nie zgubiło (dir en grey)

Jestem niesłowna. Kiedyś obiecałam, że skończyłam już z pisaniem ficków do tego zespołu. Ale co poradzić, że ten napisał się sam? Moi drodzy, przed Wami - Dir en grey. Pierwszy fick do tego fandomu od lat. Krótka historia o tym, jak przechopwywać uczucia. Najlepiej - na dysku twardym.



...scena pierwsza...

Dzień nie był dobry. Właściwie ten dzień był zły, był tak koszmarnie pochrzaniony, że nagle powiedzenie o tym, że kiedy jesteś na dnie, zawsze coś puka od spodu, nabrało nowego znaczenia. Zaciągnąłem się dymem po raz ostatni i wyrzuciłem niedopałek. Obserwowałem, jak spada z trzeciego piętra w dół, sypiąc iskrami żaru i w końcu z sykiem dopalając się w kałuży pod budynkiem. Syk, oczywiście, mogłem sobie co najwyżej wyobrazić. Nie miałem szans usłyszeć go z tej odległości. Natomiast głos Kaoru, który rozległ się znienacka tuż za mną, usłyszałem aż nazbyt wyraźnie. I natychmiast oberwałem otwartą dłonią w tył głowy.
- Za co?! – warknąłem z irytacją. Patrzył na mnie z wyraźną dezaprobatą.
- Co ty żeś tam wpisał? – zapytał, wyraźnie wściekły. Podtykał mi pod nos przenośny komputer; zamrugałem, ale ekran był za blisko i nie widziałem owych strasznych herezji, które zapewne śmiałem popełnić w rozpisce do jakiegoś tekstu. – Co to za kretyńskie pomyłki, gdzie ty masz głowę?
- Zazwyczaj, czy kiedy zostajesz na noc? – zapytałem złym głosem. Wzruszyłem ramionami, odsuwając się w końcu odrobinę i z tej odległości widząc ową straszliwą i brzemienną w skutkach pomyłkę, zakłócenie przejścia jednego progu na drugi. Wzniosłem oczy do nieba. Nie było tam czego oglądać, po porannej ulewie burza cały czas wisiała nad nami jak nieuchronny kataklizm. – Nie rób scen, Kaoru. Dramatyzujesz. Sam mnie uczyłeś, pamiętasz? Nie zakłócać rytmu. Grać jak gdyby nigdy nic, a nikt się nie zorientuje. Przeciwnie, docenią cię za zmyślną modyfikację. Sam mówiłeś, żebym nie zatrzymywał się nad każdą pomyłką, tylko leciał dalej...
- Więc zapierdalasz w dół równi pochyłej z zacięciem godnym lepszej sprawy – skomentował cynicznie. I spojrzał na mnie niechętnie. – Mógłbyś się obrazić. Wyżywam się na tobie. Nie zauważyłeś?
- Ciężko tego nie zauważyć – stwierdziłem sarkastycznie. Razem weszliśmy do środka; było tu cieplej niż na tarasie, lampa dawała przyjemne światło, a ja od progu zauważyłem co go tak bardzo wytrąciło z równowagi. Przechyliłem się i stanowczo wyciągnąłem z kontaktu przewód zasilając od komputera stacjonarnego. Kaoru patrzył na mnie jak guwernantka, której podopieczny znowu zapomniał, że ręce myje się przed śniadaniem, a nie dopiero po kolacji.
- Nie wyłączaj go tak. Rozwalisz w końcu.
- Czasami trzeba po prostu powiedzieć sorry, Marian, i wyciągnąć wtyczkę – odgryzłem się sentencjonalnie i usiadłem obok niego, obejmując go w pasie. – Znowu czytałeś? Te głupie strony?
- One nie są głupie – powiedział odruchowo. – Albo są. Nie są. Sam nie wiem. Na temat ostatniego albumu...
- Coś nowego? – zainteresowałem się. Kaoru potarł dłonią czoło. Miałem ochotę przywalić każdemu, przez kogo powstała każda jedna zmarszczka na jego czole.
- Sprzedaliśmy się komercji, zatraciliśmy ducha zespołu, że jakieś pseudo amerykańskie, że jazgot, że Dir en grey umarł...
- Czyli nic nowego – podsumowałem trzeźwo. Nie wydawał się przekonany. – No daj spokój. Według niektórych umieramy już od wydania pierwszego demo, a według innych jeszcze się nawet nie urodziliśmy. Naprawdę będziemy się tym przejmować, czy będziemy robić swoje? Czyli to, co kochamy i takie tam, co jest naszym życiem i pasją, co...
- Mamy iść do łóżka? – zainteresował się Kaoru. Spojrzałem na niego z rozbawieniem. Odzyskiwał humor, choć w kącikach jego ust wciąż czaiło się znużenie. Pocałowałem nieogolony policzek i wsunąłem swoją rękę w jego.
- Mówiłem o muzyce, o, wielki liderze – powiedziałem lekko. – Ale właściwie skoro już przypomniałeś mi o moim drugim, życiowym hobby... to czemu nie?
- Masz gumki? – zapytał. Zwinne palce wyuczone wieloletnią praktyką pieszczenia strun rozpinały moją koszulę. Język Kaoru był śliski i gorący, kiedy wsunął się do moich ust.
- W szufladzie – zdołałem powiedzieć. Chociaż gdyby się mnie ktoś zapytał za chwilę, nie byłbym pewny tego, czy nadal mam w tym domu jakąkolwiek szufladę. Czy mam jakikolwiek mebel poza łóżkiem, w którym...


...scena druga...

Kaoru pokręcił głową. Ledwie dostrzegalny, szybki ruch; uniosłem się na łokciu i popatrzyłem na niego z jawną niechęcią. Uśmiechnął się. Lekki, drobny uśmieszek w krzywieniu warg.
– Policz do stu, Die... – poprosił cicho. – Policz do stu.
– Pierdol się – zaproponowałem ze złością. Nawet nie zareagował. Zupełnie jakby nie usłyszał, wciąż tak samo spokojny, jak przed chwilą. W bezsilnej złości uderzyłem go w ramię. Przytrzymał moją rękę, kiedy uniosłem ją znowu i była to jedyna jego reakcja. Cały czas się uśmiechał. Wkruwiał mnie w tej chwili nieziemsko. Nawet wyrozumiałość w jego głosie mnie drażniła. Nawet chłodne zdystansowanie działało mi na nerwy. Nawet...
– Jeśli spróbujesz uderzyć mnie ponownie, skuję ci buźkę tak, że cię rodzona mamusia nie pozna – obiecał w tej chwili, nie przestając ani na sekundę się miło uśmiechać. Mimowolnie roześmiałem się i opadłem na plecy, podkładając ręce pod głowę. Patrzył na mnie jak zwykle, trochę z pobłażaniem i trochę z czułością. Położył się obok mnie na podłodze.
– Dlaczego się nigdy nie wściekasz, co? – zapytałem po chwili. – Sam nie wiem. Wiem, jak się zachowuję. Nawet jeśli mam prawo...
– Masz prawo – zgodził się  Spojrzałem na niego podejrzliwie.
– Naprawdę mam – powiedziałem uparcie. – Naprawdę się wali. Wszystko.
– Nie wszystko, Die – zaprotestował spokojnie. – Świat stoi i działa nadal, tylko chwilowo bez ciebie. To tobie się wali. Ale nawet i to nie jest wszystkim. Gorszy dzień. Kumulacja problemów. Kryzys poczucia humoru, coś w tym stylu? Przecież rozumiem. Nie tłumacz się.
– Kiedy to nie jest normalne – mruknąłem. – Wszyscy się wściekają. Obrażają. Są wkurzeni, że się na nich wyładowuję.
– Ale ty nie wyładowujesz się na nich. – Kaoru mówił ze znudzeniem, jakby powtarzał rzeczy oczywiste. – Twoja złość, agresja, cokolwiek. Przecież nie wymierzasz tego w nich. Nie chcesz sprawić przykrości. Zranić, dotknąć. Ty po prostu nie radzisz sobie z samym sobą i chcesz, żeby inni pomogli ci się z tym uporać. Z uczuciami. I, oczywiście, kiedy znalazłeś kogoś, kto to rozumie i akceptuje, oraz bezkarnie pozwala się lać po mordzie, ty się obrażasz. No naprawdę, Die, jak pięcioletnie dziecko, wiesz? Że ono wymyśliło taki mroczny plan, żeby pokazać światu, że jest geniuszem zła, a głupi świat się nie chce nabrać.
– Nie leję cię po mordzie – powiedziałem. Pionowa zmarszczka między moimi brwiami wygładziła się. Znowu uderzyłem go w ramię. Oddał mi. I kolejny raz. Łaskotki. Jego palce, chłodne i smukłe, na moich plecach. Jego rozpięta koszula, spodnie ściągnięte w pośpiechu, zdyszany śmiech i te pocałunki, urywane i mocne, i coraz głębiej, głębiej we mnie; orgazm był niesamowity. Leżeliśmy obok siebie na dywanie w sypialni, a Kaoru opierał brodę o moje ramię i patrzył na mnie ciepło. Z tej perspektywy wyglądał jakby miał drugi podbródek, co, oczywiście, natychmiast mu powiedziałem. Obraził się śmiertelnie na całe pięć minut.
– No ale naprawdę, słuchaj, to popierdolone – podjąłem temat, kiedy siedzieliśmy potem w pokoju. Każdy przy swoim laptopie; Kaoru pracował, a ja udawałem, że pracuję. Tak naprawdę obserwowałem go. Od dobrego kwadransa. Jak zwykle średnio się mną przejmował. To też było znaczące.
– Co znowu? – rzucił mi przez ramię krótkie spojrzenie. Jego palce zamarły nad klawiaturą, niecierpliwe. Miał chłodne oczy, schowane pod szkłami okularów.
– Że jak naprawdę potrzebuję być najważniejszy, to potrafisz schować siebie – powiedziałem po prostu. – I że nie robisz z tego wielkiego halo. W ogóle nie robisz z tego żadnego halo, słuchaj, to naprawdę dziwne. Wyżywam się na tobie, jestem niesprawiedliwy i w ogóle, a ty kompletnie to olewasz, starając się jakoś mnie poskładać. A jak jest wszystko dobrze, traktujesz to tak jak teraz, czyli... – urwałem. Brakowało mi słów. – Czyli jak... jak...
– No, jak? – zapytał z autentyczną ciekawością. – Die, ty nie masz przypadkiem innych zmartwień? Napisać coś, do kogoś zadzwonić, pobiegać? Poszydełkować? Podlać kwiatki?
– Nie mamy żadnych cholernych kwiatków – powiedziałem złowrogo. – Ani jednego, cholernego kwiatka. Chodziło mi o to, że w ogóle nie traktujesz, jakby to nie było nic wielkiego, jakbyś...
– Jakby mi na tobie zależało? – podsunął mi, zdejmując okulary. W moich oczach czaiła się śmierć. Uśmiechnął się pogodnie. – To miło, że w końcu to zauważyłeś, Die, naprawdę. Zajęło ci to niemal dekadę, ale było warto. Bo wiesz, kiedy ci mówiłem, że cię chcę, nie chodziło mi tylko o twój tyłek. Chodziło mi o ciebie. Z twoimi beznadziejnymi depresjami włącznie. A teraz możesz nie dramatyzować, nie robić scen, bo w naszym wieku to już niesmaczne, i zająć się czymś konstruktywnym? Na przykład pomóc mi zabić tego gnoma, który próbuje zabić mnie? No, co tak patrzysz?
– Myślałem, że pracujesz – powiedziałem oskarżycielsko. Z powrotem założył okulary i otworzył laptopa.
– Pracuję – mruknął, nie odrywając wzroku od ekranu. – Nad swoją punktacją w tej pieprzonej grze pracuję, ty wiesz, że tu jest napisane „dla młodzieży od piętnastego roku życia”?
Wyszedłem z pokoju i trzasnąłem drzwiami. Na niego nie było mocnych.


...kurtyna...

- Nie wiedziałem, że masz zapędy literackie – powiedział Kaoru, stając bezszelestnie za mną i opierając brodę na moim ramieniu. Uśmiechnąłem się tylko zdawkowo i pisałem dalej. Palce szybko biegały po klawiaturze. Kiedy się odwróciłem, Kaoru miał zmarszczone brwi i szybko przebiegał oczami po tekście. Pocałowałem go w ucho, bo było najbliżej. – I że chcesz zabłysnąć jako nowa gwiazda literatury erotycznej. Po co to zapisujesz? – zapytał ze zdziwieniem. – Scena pierwsza, scena druga? Co to ma być?
- Sam dokładnie nie wiem – przyznałem, odchylając głowę w tył i patrząc na niego z namysłem. – Takie scenki... w których pokazałeś... czy ja pokazałem... czy jest zrozumienie, wiesz. Coś ważniejszego od złości i głupich pretensji. Czasami coś ważniejszego od urazy i czegoś w tym stylu... co tak patrzysz?
- Martwię się o ciebie – mruknął, kładąc mi na czole rękę w przesadnie teatralnym geście troski. – Masz gorączkę? Bo bredzisz coś o uczuciach. Ty nigdy nie bredziłeś o uczuciach. Co się stało?
Wstałem z krzesła. Znalazłem papierosy i wysłupłałem jednego z paczki. Podał mi ogień. Usiadłem na jego kolanach, obejmując go ramieniem w pasie. Jego włosy były suche, zniszczone od ciągłego farbowania. Nie chciałbym dotykać żadnych innych.
- Spotkałem dzisiaj kumpla – powiedziałem w końcu. – Rozwodzi się. Chciał mnie namówić, żebym zeznawał w sądzie. Procesuje się z żoną o prawo do opieki nad synem. Chciał, żebym zeznał, że była złą matką... takie tam. Znam Mariko. To fajna dziewczyna. Kocha dzieciaki. Jeog też znam, też fajny chłopak. Też kocha synów. Kiedyś i siebie kochali. Potem jakoś to pogubili.
- I dlatego ty zapisujesz momenty, w których my pokazaliśmy, że się rozumiemy? – spytał Kaoru kpiąco. Zabrał papierosa i zaciągnął się głęboko. – To się nie trzyma kupy, Die. Oni też pewnie takie mieli. Momenty – wyjaśnił, kiedy spojrzałem na niego. – W których się rozumieli, doskonale. I coś się zepsuło...
- Coś się zepsuło, właśnie – przyświadczyłem. – Gdzieś zginęło po drodze, zapomnieli. A ja tu będę miał wszystko. Zapisane. Jakby czasem złość zniekształcała wspomnienia w głowie. Będę miał je tutaj. Na laptopie.
- A jak spali ci się dysk? – drążył Kaoru uparcie. Spojrzałem na niego ponuro. Uniósł ręce w obronnym geście. – Dobrze, dobrze, już nic nie mówię. Zaraz co to skopiuję na kilka płyt, może być? Na wszelki wypadek. Żeby się nie zgubiło.

 

"zawsze, kiedy myślisz, że jesteś już na dnie, coś puka od spodu" s. lec

"zapierdala w dół równi pochyłej" kazik

"musisz być twardy, powiedzieć sorry, marian, i wyłączyć wtyczkę!"

Tagi: dir en grey

2009-09-30 21:55:35 skomentuj (13)




info

moi drodzy! ogłoszenie duszpasterskie brzmi jak następuje:

wróciłam! z nowym laptopem i siecią, pełna chęci do życia i pisania. więc coś tam spłodzę. niedługo. nie bójcie się, nie umarłam. do miłego zatem!



2009-08-31 04:55:15 skomentuj (11)




Humiliate me more, darlin' część 2 (fatima & other)

część pierwsza znajduje się tutaj


ROZDZIAŁ DRUGI.

Sanaka patrzył z niechęcią na szeroki podjazd, po którym powoli toczył się ich czarny saab. Muraki był doskonałym kierowcą, kiedy tylko ojciec pozwalał mu poprowadzić: a dziś mu pozwolił. Prawdopodobnie dlatego, że kiedy ostatni raz spotkali się z tym dupkiem Ochidą, Muraki nieprzyzwoicie na niego leciał, a w końcu całował się z nim na korytarzu. Oczywiście, był wtedy pijany; chociaż nawet to go nie tłumaczyło. Z kim jak z kim, ale z tym gnojkiem, niewiele od nich starszym, a zachowującym się tak obrzydliwie poprawnie i dorośle, że aż mdliło od jego gładkich gadek i wymuskanych ciuszków. Sanaka ukradkiem wygładził założony na wyraźne życzenie ojca szary garnitur, w którym czuł się prawie równie głupio, jak doskonale w nim wyglądał. Samochód zatrzymał się, a Sanaka mimo wszystko westchnął zazdrośnie, patrząc z dołu na duży, piętrowy dom. I tylko wypolerowana na wysoki połysk poręcz schodów była tym, do czego mógł się przyczepić – była zbyt wąska i nie nadawała się do zjeżdżania. Poza tym wszystko było absolutnie idealne i całkowicie na miejscu. Żeby jeszcze był chociaż nudny albo nie miał gustu, żeby był nudny i nudę lubił; ale nie. Daisuke Ochida, Ten Dupek, jak lubił myśleć o nim Sanaka, kochał tylko prawdziwe piękno i wyrafinowaną prostotę; i takimi rzeczami się otaczał. Był doskonale nieskazitelny i zawsze na miejscu, w tym swoim idealnie skrojonym garniturze od Armaniego, w którym wyglądał prawdopodobnie równie dobrze w dniu, w którym się w nim urodził; nie łysy i cały we  krwi, jak reszta noworodków, ale od razu z tą swoją pociągłą buźką, drwiącymi ustami i w lśniących jak lusterka butami. Sanaka stłumił westchnienie. Ten człowiek po prostu nigdy nie był dziecinny ani młody, nigdy nie wypił za wiele, niż mógł to znieść by nie rzygać, nigdy nie podkradał rodzicom drobnych z portfela i nigdy nie zjadł tyle kremówek, żeby było mu niedobrze. Był po prostu zupełnie inny niż on sam, i to wystarczało by go nie lubić. Do tego był też ulubieńcem jego ojca i Sanaka miał często absurdalne wrażenie, że się, doprawdy, świetnie składa, że nie jest kobietą, bo prawdopodobnie byłby wtedy też doskonałą partią, co mogłoby być ciężkostrawne. Och, pociągający był tak czy inaczej – ale na szczęście ojciec nie mógł ich swatać. Zaraz, pomyślał Sanaka z czymś na kształt paniki; czy ja pomyślałem o nim „seksowny”?
– Przyjedziesz po nas za dwie godziny – dotarł do niego głos ojca i Sanaka wyostrzył słuch. Patrzenie na własnego brata, który tak chętnie zgrywał przed nim dorosłego, jak siedzi i pokornie znosi obsztorocwywanie przez ojca było nawet zabawne – a raczej byłoby, gdyby nie oznaczało, że to on będzie dziś wieczorem „młodzieżową sekcją reprezentatywną”.
– Ej! – zaprotestował z oburzeniem. – Czemu on może się stąd urwać, a ja nie?
– Jak się do ojca odzywasz, Sanaka? – zapytał lodowato jego ojciec. Sanaka wymamrotał jakieś przeprosiny w kołnierz własnego płaszcza, całym sobą demonstrując postawę urażonej niewinności. W lusterku złapał ostrzegawcze spojrzenie Murakiego.  
– No bo dlaczego on nie może też iść – spróbował jeszcze, ale już bez poprzedniego przekonania. Jego ojciec spojrzał na niego jak na coś wyjątkowo obrzydliwego, co przypadkowo przyczepiło się do powierzchni jego idealnie wypastowanego buta.
– Po karygodnym zachowaniu twojego brata podczas ostatniego spotkania uznałem, że lepiej będzie odizolować jego i jego... zapędy – zaakcentował ojciec z niesmakiem. – Kiedy zrozumie, jak wysoce niewłaściwe było składanie panu Ochida tak niestosownych propozycji...
Sanaka w ostatniej chwili ugryzł się w język by nie powiedzieć, że Ochida w niczym nie przypominał biednej, gwałconej dziewicy, kiedy z entuzjazmem pozwalał wpychać sobie język do gardła.
– Dobrze, już dobrze – burknął ugodowo. Poprawił pod szyją nieskazitelnie zawiązany krawat i westchnął rozdzierająco. – Chodźmy tam, zróbmy dobre wrażenie i wracajmy do domu. Naprawdę wkurza mnie to, że muszę lizać dupę jakiemuś fagasowi tylko dlatego, że trzyma jego firmę w łapach – wymruczał buntowniczo do Murakiego, kiedy ich ojciec wysiadł już z samochodu i majestatycznym krokiem podążył do wejścia. Sanaka powlókł się za nim, zastanawiając się po drodze, czy jego brat naprawdę mruknął coś, co brzmiało tak, jakby jego taka perspektywa nie wkurzała. Po krótkim namyśle stwierdził, że zdecydowanie woli opcję z przesłyszeniem się i poczuł pierwszy, nieśmiały dreszcz klaustrofobii, kiedy zamknęły się za nim ciężkie drzwi. Z westchnieniem przylepił do ust grzeczny uśmiech i podążył za swoim ojcem w głąb salonu.

Specyfiką domu Ochidy był bez wątpienia kompletny brak służby. Jakiejkolwiek służby, od kucharek zaczynając a na kierowcach kończąc; młody dyrektor sam pomógł im zdjąć płaszcze i sam zatroszczył się o podsunięcie im aperitifów, nim przeszli do jadalni. Sanaka oblizał usta z cierpkiej goryczy soku grejfrutowego, przełamanego delikatną nutą wódki waniliowej i spojrzał bacznie na ojca; ale ten albo nie widział, że jego syn alkoholizuje się na boku, albo tez zupełnie nie zwrócił na to uwagi. Jakby wszystko, co robił ten buc było słuszne! Gdyby Sanaka sam sięgnął po drinka, ojciec niechybnie zmroziłby go spojrzeniem i podsunął do picia soczek marchwiowy; jednak póki drinki serwował jego kumpel, wszystko było w porządku. Obserwował go spod zmarszczonych brwi, i im bardziej starał się go rozgryźć, tym bardziej ambiwalentny mu się wydawał. Charakter miał bez wątpienia złożony: jak ktoś o tylu milionach jenów dochodu może sobie pozwolić na lekceważenie sztywnych zasad niepisanej etykiety, która każe posiadać co najmniej dwóch kamerdynerów i kilku ogrodników? Albo Ochida chował służbę pod łóżkiem, albo miał inne powody, by jej nie zatrudniać. Ideologiczne? Przeciwnik wyzysku człowieka przez drugiego człowieka? Sanaka skrzywił się pogardliwie; prawie jak jego ojciec, tyle że ten zatrudniał po prostu synów, zwłaszcza kiedy chciał ich za coś ukarać. Drgnął, kiedy usłyszał słowa ojca.
– Kodeks cywilny nie zezwala na dokonywanie czynności prawnych przez osoby nie posiadające zdolności do czynności prawnych – wyrecytował bez zająknięcia Pan Idealny, przeglądając razem z jego ojcem załączniki do jakiejś Bardzo Ważnej Umowy, z której Sanaka nie rozumiał nic z założenia. Tak jak teraz. Niby rozumiał wszystkie słowa z osobna, ale razem kompletnie nie miały sensu. – Zgodnie z kodeksem taka czynność będzie nieważna i nie wywoła zamierzonych skutków prawnych.
– Sanaka – powiedział jego ojciec z twardym naciskiem, przyglądając się jak jego syn próbuje ukradkiem wypluć pestkę z grejfruta na talerzyk. – A ty co byś w tej sytuacji powiedział?
Sanaka zastanowił się błyskawicznie. Kodeks cywilny nie zezwala na dokonywanie czynności prawnych przez osoby nie posiadające zdolności do czynności prawnych. Zgodnie z kodeksem taka czynność będzie nieważna i nie wywoła zamierzonych skutków prawnych. Masło maślane.
– Że jak ten głupi szczyl chciał kupić sobie brykę za forsę tatuśka, to nikt mu jej nie powinien sprzedać, bo nie jest wypłacalny? – upewnił się. Kąciki ust Daisuke drgnęły w półuśmieszku, a on sam pochylił się nad leżącymi na stole kartkami. Ojciec Sanaki zmierzył syna spojrzeniem wygłodzonego bazyliszka. Sanaka westchnął. – To oznacza ni mniej nie więcej tylko tyle, że transakcja, którą zawarł wspólnik Shiroyamy bez jego pełnomocnictwa nie jest prawomocna – poprawił się. – Brak odpowiedniej zdolności kredytowej powinien uniemożliwić jakąkolwiek podaż, podczas gdy...
– Dokładnie tak! – powiedział dobitnie jego ojciec. Sanaka z fascynacją przyjrzał się drobnej, szczupłej twarzy Ochidy, pogrążonej w półmroku. Wydawało mu się, czy ten arogancki dupek się uśmiechał?
– Zatem nie powinniśmy się tym martwić – zadecydował w tym momencie Ochida i Sanaka pierwszy raz w życiu obdarzył go jakimś cieplejszym uczuciem. Miał wrażenie, że jeszcze chwila tego snobistycznego żargonu i puści pawia. – Żaden bank nie zdecyduje się na zawarcie umowy z Shiroyamą, póki ten posiada zaledwie część kapitałów w firmie swojego ojca – a na dodatek nie jest pełnoletni. Sanaka–san – powiedział tak nagle, że Sanaka aż się wzdrygnął i prawie wylał sobie na spodnie kolejnego drinka. – Pozwolisz jeszcze coś do picia? Ostatnio podczas służbowego pobytu w Sapporo odkryłem świetnego drinka – mówił, rozlewając już gin do szklanek. Nie, żeby Sanaka dziwił się specjalnie, że nie poczekał na decyzję, tylko podjął ją za nich; dziwił się tylko, że jego ojciec z niemal rodzicielską dumą wpatruje się w Ochidę. Zadowolony i pełen aprobaty wyraz jego twarzy zmieszał Sanakę; na niego ani na Murakiego nie patrzył tak nigdy. Bez słowa przyjął drinka i wstał z miejsca, słysząc dzwonek do drzwi. Przybywali kolejni, zaproszeni na wieczorną partyjkę szefowie ważniejszych oddziałów ich firm.
– Będę na tarasie – powiedział bez zwykłego dla siebie odcienia żartobliwej ironii w głosie. Stuknęło zbyt gwałtownie odsunięte krzesło. Skinął głową swojemu ojcu i Ochidzie – i wyszedł na taras.

Gwiazdy zapalały się powoli, jedna po drugiej. I jednocześnie, oślepiając światłem całych konstelacji; z głową uniesioną do góry, zapatrzył się na nie, całkiem zachwycony. Zapomniana szklanka stała obok niego na barierce tarasu. Odwrócił się, kiedy za nim skrzypnęły drzwi; przez ramię spojrzał na Ochidę, który siadał właśnie obok niego. Prawie roześmiał się na widok butelki, którą postawił na marmurowych stopniach. Z tą swoją twarzą chochlika wyglądał w idealnie skrojonym garniturze jak przebrany za dorosłego dzieciak – pierwszy raz w życiu Sanakę uderzyło to, jak bardzo był jeszcze młody.
– Nie lubisz tych spotkań, co? – zapytał Daisuke, podając mu butelkę. Sanaka spojrzał na nią badawczo i pociągnął łyk; oblizał usta, kiedy poczuł smak zmieszanego z sokiem kaktusowym ginu. – Nie lubisz tu przychodzić?
– Nie – odpowiedział z nagłą szczerością, która zaskoczyła jego samego. Jego ojciec chyba zszedłby na zawał, gdyby go teraz usłyszał. Albo zabrał mu kablówkę i tygodniówkę na łakocie; uśmiechnął się ponuro. – Nie znoszę.
– Mnie też nie znosisz – w głosie Daisuke nie było pytania. To było stwierdzenie faktu. Sanaka wzruszył ramionami.
– Nie znam cię – mruknął tylko. Daisuke zaśmiał się tylko. Pociągnął łyka z butelki i Sanakę kolejny raz zdziwiło, jak zupełnie różny był od tego Ochidy z oficjalnych rozmów o interesach.
– I nie chcesz poznać – ciągnął Daisuke, przechylając głowę i spoglądając na niego z ciekawością. – Dlaczego? Jesteśmy niemal w tym samym wieku. Skończyliśmy tę samą uczelnię. Nawet rozmiar buta mamy ten sam.
– Jesteś zupełnie inny ode mnie – powiedział Sanaka niechętnie, ale wbrew sobie zaciekawiony tą dziwaczną rozmową. Nie miał pojęcia, do czego ma ona prowadzić. – Zawsze w porządku, wiecznie na miejscu. Mój ojciec uwielbia cię jak własnego syna! Chyba żałuje, że nim nie jesteś.
– Jesteś zazdrosny o tatusia? – roześmiał się Daisuke. W jego oczach pojawił się przelotny cień i szybko zniknął. – Mój ojciec nie byłby ze mnie szczególnie dumny – rzucił lekko, jak gdyby rozmawiali o pogodzie. – Był artystą grafikiem... całe życie spędził na walizkach i nie miał więcej, niż to co aktualnie na grzbiecie. Żył chwilą i ostatnim czego chciał było to, by jego syn został urzędasem w jakiejś wielkiej firmie.
– Chyba bym się z nim dogadał – podsumował Sanaka. Daisuke odwzajemnił jego krzywy uśmieszek. Oparł się ramieniem o framugę i też spojrzał w niebo.
– Jesteś niesprawiedliwy – powiedział po chwili. Sanaka rzucił mu szybkie, pytające spojrzenie. – Źle do mnie nastawiony. Zobacz, mówisz,  że zawsze jestem akuratny... a kiedy całowałem twojego brata? – zapytał cicho, z nikłym odcieniem rozbawienia w głosie. Lekki ślad rumieńca pojawił się na policzkach Sanaki, kiedy Ochida przechylił się w jego stronę. Ciemne oczy patrzyły badawczo, intensywnie – miał wrażenie, że nie może się schować nawet w sobie. Zupełnie jakby prześwietlał go na wylot. – Nie mów, że o tym nie słyszałeś – dodał Daisuke. Odsunął się i Sanace wydawało się, że powietrze wokół nich z powrotem zaczęło nadawać się do oddychania, a nie dławienia tlenem. – Wasz ojciec musiał się pieklić.
– Muraki przyznał, że to on ciebie całował – powiedział niechętnie Sanaka. Nerwowo potarł dłonią kark. – To było idiotyczne. Jesteś dorosły, a ojciec zachował się jakby Muraki cię zmolestował.
– Nie twierdził, że jestem zboczonym pedałem? – zdziwił się Daisuke i Sanaka nie mógł się nie uśmiechnąć. Był jednak cudownie bezpośredni. Pokręcił głową z uśmiechem.
– Wszystko co robisz on uznaje za właściwie – powiedział po prostu, nie przejmując się zupełnie tym, że mówi do – jakby nie było – największego przeciwnika swojego ojca. Przynajmniej w interesach; choć fuzja byłaby znacznie korzystniejsza,  nie zdecydowali się na nią do tej pory. – On cię uwielbia.
– Szkoda, że nie wtedy, kiedy idzie o przepisanie na mnie swoich udziałów – powiedział trzeźwo Daisuke i Sanaka znów się zaśmiał. Westchnął, kiedy Daisuke naturalnym ruchem otoczył go ramieniem przez plecy i narzucił na niego swoją marynarkę. Razem z wieczornym wiatrem znad zatoki przybył chłód. Wszystko zdawało się nierzeczywiste, zupełnie nierealne – i to, że siedzą tutaj, objęci, podczas gdy wszyscy ci ważni goście palą na dole cygara, i to, że uścisk Daisuke jest zaskakująco przyjemny. Z wahaniem oparł głowę na jego ramieniu. Zawsze będzie mógł potem zwalić całą winę na wypity alkohol – choć nie czuł się ani trochę pijany. A przynajmniej nie wódką – bardziej odurzała go bliskość Ochidy. Więc to przed tym cały czas się bronił i to negował? To, że mimo że wyjątkowo w swojej idealności drażniący, był też cholernie magnetyczny?
– To faktycznie Muraki cię pocałował? – zapytał jeszcze. Daisuke uśmiechnął się krzywo. Nie był w tej chwili dyrektorem partnerskiej dla jego ojca firmy; był młodym chłopakiem, którego usta zbliżały się do rozchylonych warg drugiego.
– Jasne. Ja zawsze wolałem jego brata – powiedział i pocałował go.
Żaden z nich nie widział ojca Sanaki, który stał za nimi, przyciskając dłoń do ust.

cdn.

Tagi: kagerou, the studs, fatima, moran, le cheri

2009-07-03 23:31:20 skomentuj (13)




info

szinga zrobiła nowy layout i... i nie wiem jak wy, ale ja jestem nim zachwycona. ogromnie mi się podoba, i tylko w osiemdziesięciu procentach ma na to wpływ miłość, jaką darzę pairing tatsurou x gara.

dziękuję, szingu, jest przepięknie.

Tagi: info

2009-07-02 21:41:07 skomentuj (8)




Dotykaj bezszelestnie (merry, the studs, kagerou, mucc)

krótki lemon obyczajowy, bardziej łagodny niz ostry; bez głębokiego przekazu, raczej przyjemny (mam nadzieję) obrazek.
daisuke (the studs) x gara (merry). pierwszy raz odważyłam się opisać jeden z pairingów, które kocham najbardziej na świecie. fick dedykowany szindze; mimo wszystko.

Czarna kawa. Kilka kostek cukru i plasterek cytryny. Cukier dla mnie, cytryna dla niego.
Wyciska ją łyżeczką, jakby chciał przebić przez dno styropianowego kubka na wylot; aż do zgrabnych ud, opiętych ciemnymi dżinsami. Delikatnie dotykam jego dłoni; szczupłe palce, nerwowe i rozlatane, nieruchomieją posłusznie pod moim dotykiem. Przygryza wargi, rzucając szybkie spojrzenie na nasze splecione palce. I kolejny raz zastanawiam się, po co w ogóle wyszliśmy na zewnątrz.
A on nagle ściska moją rękę i unosi wyżej, aż do swoich ust. Gorące wargi prawie jak pieczęć roztopionego wosku wciskają się w moją skórę; zachłystuję się powietrzem, patrząc w te jego czarne, najpiękniejsze oczy na świecie, kiedy zapomniany kubek spada na ziemię i toczy się po chodniku.
- Chcę się z tobą kochać – wyrzuca z siebie z tą samą gwałtownością z którą się śmieje i z którą potrafi krzyczeć; moje serce bije jakimś szaleńczym rytmem, stuk-stuk, kilka tysięcy bolesnych, głuchych uderzeń w całkowitej ciszy ruchliwej ulicy dookoła nas. Gruba szyba oddziela nas od rozświetlonego setkami neonów Tokio, ktoś przechodzi obok i nadeptuje na kubek; nie słyszę trzasku pękającego styropianu.
Usta Daisuke na mojej dłoni całują jej wnętrze, językiem zbiera krople kawy z zagłębienia przy kciuku, a potem bierze go w usta i zaciska je dookoła niego. W erotycznej fascynacji patrzę, jak przesuwają się miękkie wargi wokół palca, który zupełnie nagle stał się małym epicentrum moich zmysłów i pragnień.
Z niskim, przeciągłym jękiem zarzucam drugą rękę na jego szyję i przyciągam go bliżej; całuję go gwałtownie, czując na wargach jego zęby. Rozchyla usta, wilgotne i smakujące kawą, a kiedy językiem dotyka śliskiego wnętrza, jakaś mała rewolucja zmiata z powierzchni ziemi kolejny bastion mojego opanowania. Odrywa się ode mnie, a oczy błyszczą mu jak diabelskie ogniki – z dziwną, niespotykaną u mnie czułością gładzę jego zarumieniony policzek i przesuwam palcami ślepca po powiekach, gładkich jak łupinki orzechów. Pod dłonią, przyciśniętą do jego klatki piersiowej wyczuwam mocne, szybkie bicie serca.
- No chodź już – mówię po prostu, zagarniając go w uścisku. Przylega do mnie natychmiast, tak idealnie uległy i cały w ruchu; poprawia szalik i zmarzniętym nosem pociera o mój kark; o kilka milionów za mało jest taksówek w Tokio, kiedy czekamy najdłuższą minutę świata, zanim zatrzyma się przez nami jedna. Podaje mój adres, nie puszczając moje dłoni. – Nie ucieknę – mówię szeptem, przyciskając usta do jego szyi, przy skórzanym kołnierzu kurtki w ostrym, czerwonym kolorze.
Szybko i niemal szorstko przyciska mnie do siebie, całując prosto w usta. W lusterku spotykam wzrok taksówkarza; odwraca spojrzenie i wbija je za okno. Trzęsę się od tłumionego śmiechu, kiedy Daisuke rzuca mu kilka banknotów, nawet ich nie odliczając i patrzy na mnie z rozbawieniem. Otwiera drzwi swoim kluczem; windę przywołuję ja, plecami, kiedy przyciska mnie do ściany i znów całuje, tak cudownie zachłanny jak zawsze.
- Nie uciekniesz – powtarza zduszonym głosem. Całuje mnie w skroń, niemal cnotliwy pocałunek w zestawieniu z dłońmi na moich pośladkach. Długi, silny dreszcz wstrząsa moim ciałem, a celowe ręce rozpalają same zakończenia nerwów pod skórą. – Gara... pospiesz się!
- Ja się spieszę – odpowiadam głosem zdyszanym od śmiechu i podniecenia. – Ja się spieszę, Dai, kochanie; nie widzisz, że to ta głupia winda nie chce wieźć nas szybciej?
Otwieram drzwi dłońmi rozlatanymi od jego pocałunków; delikatne muśnięcia na odsłoniętym karku doprowadzają mnie do szału, kiedy chcę odwrócić się i rozsunąć jego kolana, a kiedy kluczami z idiotycznym breloczkiem z małpką próbuję otworzyć drzwi. Ustępują w końcu; odwracam się i wciągam go do mieszkania, i zatrzaskuję za nami drzwi, i klucze spadają na podłogę.
Usta Daisuke są chętne i gorące, jego dłonie zaborcze; stoi przede mną idealnie nagi i idealnie cudowny; wąskie biodra i szerokie ramiona, i gładkie łydki, kiedy przesuwam po nich dłońmi; próbuje zacisnąć palce na ścianie, kiedy klękam przed nim i myślę wtedy, że jego jęki i westchnienia są jedynym, co chciałbym zabrać do nieba. Zaciska palce na moich ramionach, kiedy odpycha mnie i pociąga w górę; jego błyszczące niesamowicie oczy znajdują się dokładnie na wysokości moich, kiedy odchyla głowę w tył i wzdycha, wyciągając na oślep rękę i zaciskając palce na mojej erekcji.
- Mój Gara – mówi bardzo miękko. – Mój śliczny, najpiękniejszy na świecie Gara... kociątko...
- Nie podlizuj się – cichy szept, kiedy przesuwam ustami po jego szczęce i niżej, aż sięgnę po kolejny, słodki pocałunek od którego kręci się w głowie a tętno przyspiesza. – Nie podlizuj się, Dai, i tak nie będziesz na górze.
Śmieje się. Odwraca się tyłem, kiedy opiera się o ścianę i patrzy na mnie prowokacyjnie; doskonały w swojej nagości i zupełnie nią nieskrępowany; moje zachwycone dłonie na jego ciele i kolano, rozsuwające szerzej jego nogi; napieram na jego ciasne, gorące wnętrze. Rozgląda się i podaje mi błyszczyk z kieszeni kurtki, ten sam, którego używał rano do smarowania ust. Rano? Kilka godzin temu, kiedy wychodziliśmy z domu. Jak zwykle nie dotarliśmy do znajomych, za bardzo głodni siebie. Rozsmarowuje truskawkową śliskość między jego pośladkami. Drży pod moim dotykiem i prawie krzyczy, kiedy wsuwam się w niego; mocno obejmuję go w pasie, opierając czoło o jego nagi, spocony kark. Włosy Daisuke łaskoczą mnie w nos. Łapczywie chwytam powietrze spieczonymi wargami, a on ponagla mnie ruchem bioder. Więc wbijam się, szybciej i szybciej, i mocniej i bez rytmu; a on przyjmuje mnie głębiej. Przesuwam dłoń niżej, przez jego biodro; pieści się już, więc palcami śliskimi od błyszczyku muskam tylko jego erekcję; nie potrzebuje wiele by dojść; kiedy zaciska się na mnie, szczytuję w jego nieznośnie dobrej ciasnocie, zapominając i o oddechu, i o wszystkim. Potrzebuję kilkunastu sekund, by odetchnąć głęboko, jak człowiek który dotarł wreszcie na powierzchnię wody; a jednak słowa, krnąbrne i niepokorne, dziwnie obce, nie chcą dostosować się do warg i języka.
- Daisuke... kociątko... – mówię bezwiednie. Wysuwam się z niego i pozwalam, żeby mnie objął. Nadzy i ciasno objęci stoimy pod ścianą w przedpokoju; patrzę na jego gołe łydki i nogi, na których wciąż ma swoje ciężkie glany i śmieję się zduszonym, chrapliwym śmiechem.
Zaciskam palce na moich włosach i całuje mnie w usta, tłumiąc ten śmiech.
- Lubię być w domu – mówi leniwie, kiedy z podwiniętymi nogami siada naprzeciwko mnie na kanapie. Uśmiecham się do niego i sięgam po telefon. Numer Tatsurou nie odpowiada i czuję lekkie ukłucie winy; nie ma go?
- Też lubię, jak jesteś w domu – mówię, siadając obok niego i opierając brodę na jego ramieniu. – Ale oni chyba nie lubią, wiesz?
- Na którą... – odzywa się, ale przerywa mu dzwonek do drzwi. Patrzę na nie, zaskoczony.
Zarzucam na siebie czarny sweter Daia i podaję mu spodnie; ubieramy się nieporządnie; skopuję ze środka przedpokoju porozrzucane ciuchy. A kiedy otwieram drzwi, w nos uderza mnie zapach kurczaka z sezamem; a Tatsurou patrzy na mnie ze swojej wysokości metra dziewięćdziesięciu, a ja czuję, jak nieszczęsny rumieniec zalewa moje policzki. aie wygląda zza ramienia Tatsurou i rzuca nam kolejne, pełne politowania spojrzenie; a ciepłe ramiona Daisuke obejmują mnie w pasie, kiedy śmieje się cicho i podchodzi do mnie, wtulając się w moje plecy. I też nie wiem, jak naiwni musimy być, żeby umawiać się z kimkolwiek na mieście, kiedy któryś z nas wraca po jakimś wyjeździe. Tatsurou też nie wie; ale kurczak na wynos i butelka wina, mówią już same za siebie.
- Nie chciała góra do Mahometa... – mówi aie bardzo ciepło i bardzo kpiąco.
Pod stołem czuję, jak Dai ściska moje udo i rzucam mu rozpaczliwie spojrzenie. I ulegam. Jak zwykle.
- Kurczak... – mówię więc tylko głupio i wychodzę do kuchni. Idzie za mną. Do łazienki.
I kolejny raz, i jeszcze jeden; usta Daisuke, spierzchnięte i chętne; zmęczony, opieram czoło o kafelki.
- Kocham cię, kociątko – mówi bardzo cicho.
- Kocham cię – odpowiadam, z trudem wracając do rzeczywistości.
I obejmuję go mocno; zza ściany słyszę wybuchy śmiechu; Tatsurou otwiera drzwi kolejnym ludziom. I kolejny raz myślę, że umawianie się z kimkolwiek na mieście, kiedy nie widzimy się dłużej, niż dwa tygodnie, nie ma sensu; bo i tak zawsze potem mamy tylko więcej zmywania.
A oczy Daia błyszczą ciepłą drwiną, kiedy kiwa głową i wtula twarz w moją szyję.
- Następnym razem – mówi zduszonym głosem. – Następnym razem po prostu zamówimy jakiś catering, dobrze?

Tagi: mucc, merry, kagerou, the studs

2009-06-30 00:02:53 skomentuj (14)




O mnie

dziennik osobisty
moja muzyka
archiwum tekstów

graphic: gara (merry) x tatsurou (mucc)
© szinga
don't touch!!!

Menu

księga
czytelników:

Tagi
acid black cherry alice nine. angelo d'espairsray dir en grey fatima gazette info janne da arc kagerou le cheri lm.c lynch. merry moran mucc pierrot the studs the underneath transtic nerve

Teksty

2009
my poor lover (kagerou, merry, mucc, the studs)
dotykaj bezszelestnie (the studs, merry, kagerou, mucc)
humiliate me more, darlin' (le cheri, fatima, kagerou, moran, the studs)
strach przed lataniem (pierrot)
wish i had an angel (janne da arc, acid black cherry)
you're a song written by the hands of god (alice nine.)
kochać inaczej (mucc, merry, d'espairsray, kagerou, the studs)
playground love (kagerou, the studs)
in wonder underground (alice nine.)
bohater romantyczny (dir en grey)
ambivalent ideal (lynch.xtranstic nerve)
trójkąt o dwóch bokach (merry)
zakażony tobą (d'espairsray)
Closer to Ideal (D'espairsRay)

2008
Lost in heaven (ALICE NINE.)
Brzydcy (DEG)
I’m sick, b’coz luv u. (GAZETTE)
Owce w chmurach (ALICE NINExGAZETTE)
Lubię ideały (MERRY)
Te artefakty (ALICE NINE)
Czekając do wiosny (D'espairsRay)
Szklane kulki (KAGEROU?THE STUDS?)
Untitled (DEG)

2007
Blind romance (MERRY)
Ai - znaczy miłość (PIERROT)
Zranione serca płączą krwią (DEG)
Bo było nam tak pięknie (GAZETTE)
Wicked Game. (DEG)
Kiedy rodzina się powiększa.
Zetsubou romance (D'espairsRay)
Kompromis (D'espairsRay)
Psychedelic lovers (PIERROT)
Niedopracowany sen.
Nie wyważaj drzwi otwartych na oścież (DEGxMUCC)
Bo ty mi nie pozwalasz (DEGxPIERROTxMUCC)
Bohater romantyczny.
Sekretarka (DEGxPIERROT)
Sceny naszego teatru (PIERROT)
Na skrzyżowaniu słów.
Krótka historia o miłości.
Miłość gorąca jak beznzyna płonąca.
Gorzka.
Increase Blue.
Trzeci wymiar miłości.
Jeśli wiesz, co chcę powiedzieć.
Wszystko zaczyna się wiosną.
Właściwy kontekst.
Untitled.
Drain Away.

2006
Zyski i straty.
To nie było złamane serce.
Uciekaj - i tak cię złapię!
Sznurki (PIERROT)
Pretty boy.
Na zawsze. (MUCC)
Latwce dzieciństwa.
W naszym zawodzie.
Własny scenariusz.
Kiepski ze mnie przyjaciel.
Cena.
Umysł typowo humanistyczny.
Dorwać Małego.
Gdy coś we mnie umiera.
Zaprzeczając sobie.
Zmysły.
Takiego mnie wymyśliłeś.
Jeśli wróci.
Słodka chwila przyjemności.
Recepta na zazdrość.
Z kamerą wśrród gitarzystów
Już w porządku, stary.
Na wariackich papierach.
"I dlatego lubię mówić z tobą"
Perwersja o smaku truskawek.
Pierwsze wyjście z mroku, czyli "always look on the bright side of life!"
Modelowy chłopak.
Niezaspokojna ciekawość.
I nagle przestraszyły mnie dni, które spędzasz...
Żon, nie żona, panie władzo.
Czarny notes.
Miłość jest groźna.
I nie obchodzi mnie cały świat.
Ty jesteś moje wszystko.
Miłość smakuje kawą.
Spotkajmy się w piekle, na głównej alei.
Po prostu odszedł.
Najpierw umyj zęby, tygrysie.
Barwa twoich słów.
Kochając nienawidzę czekać.
Kiedy odejdziesz.
Want to be a rock star, baby! 2
Nietuzinkowa historia miłosna bez romantyzmu.
Mały, niimurowy alfabet.
Sweet, little poison.
Tak wyczekiwana zmiana miejsc.
Want to be a rock star, baby!
Sprawdź mnie.
Codziennik
Ktoś taki tylko dla mnie, ty.
wstępniak